poniedziałek, 27 września, 2021

List z dalekiego kraju – KORESPONDENCJA Z ISLANDII (PEŁNA WERSJA)

Nie jest tajemnicą, że Polacy coraz częściej uważani są tutaj za potencjalnych roznosicieli wirusa, którzy mieszkając tu, często podróżują do ojczyzny. Sytuacja stała się naprawdę nieprzyjemna, kiedy okazało się, że jeden z naszych rodaków po przylocie na wyspę nie stosował się do zasad kwarantanny, co skutkowało wieloma zakażeniami w kraju, do tej pory uważanym za  zieloną wyspę na pandemicznej mapie Europy. Po tym incydencie nastroje wobec Polaków były bardzo nieprzyjemne, a często nawet agresywne – Kinga Harczuk prosto z Islandiii o tym, jak wygląda czas pandemii w tym wyspiarskim, pokrytym wulkanami kraju.

fot. arch.

Reykjavik. Jestem tu dość krótko,  ale na tyle długo, żeby zauważyć, że prawdziwego Islandczyka niełatwo jest czymkolwiek zaskoczyć. Nic dziwnego. Islandia, jako wyspa leżąca na rozbieżnej granicy dwóch płyt tektonicznych (euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej) jest obszarem niezwykle aktywnym sejsmicznie. Znajduje się na niej około 200 wulkanów, z czego sporą część stanowią wulkany aktywne. Trzęsienia ziemi – mniej lub bardziej silne – to tutaj codzienność. Również pogoda na wyspie nie cechuje się stałością. Jej charakter trafnie oddaje powiedzenie : „Nie podoba ci się pogoda na Islandii? Poczekaj 10 minut, a na pewno się zmieni”. Cóż zatem może zaskoczyć człowieka, który w każdej chwili może spodziewać się wybuchu wulkanu, trzęsienia ziemi czy w najlepszym razie zmiany pogody? Czym możemy zaskoczyć rodowitego Islandczyka my? Polacy?Sądzę, że każdy obywatel Islandii mógłby być co najmniej zdumiony po przeczytaniu maila, który przyszedł także na naszą skrzynkę pocztową („Nowego Telegrafu Warszawskiego”). Mail został został również wysłany do wielu innych osób, w tym  dziennikarzy opiniotwórczych mediów, a więc jego charakter uznać można za publiczny, pozwolę więc sobie przytoczyć kilka cytatów. Autor owego listu przesyła pozdrowienia z Islandii, radując się, że „są jeszcze miejsca na świecie, gdzie można żyć normalnie”. Następnie opisuje pandemiczną rzeczywistość na wyspie, informując, iż „poza sklepami i budynkami użyteczności publicznej nikt nosi maseczek, a jeżeli na ulicy idzie człowiek w masce, to jest to albo wariat albo świeżo przybyły z Polski <covidianin>, który jeszcze nie wyleczył się z paranoi”. Tu Islandczyk mógłby zadumać się po raz pierwszy. Prawdą bowiem jest, że na wyspie nie ma obowiązku noszenia masek na świeżym powietrzu, jednak widok człowieka w masce na ulicy wcale do rzadkich nie należy. I, wbrew poglądom autora maila, wcale nie są to Polacy… Właśnie.. Polacy – kwestia rzekomych „covidian” z Polski wierzących w pandemię, również mogłaby zafrasować biednego Islandczyka. Nie jest bowiem tajemnicą, że Polacy coraz częściej uważani są tutaj za potencjalnych roznosicieli wirusa, którzy mieszkając tu, często podróżują do ojczyzny. Sytuacja stała się naprawdę nieprzyjemna, kiedy okazało się, że jeden z naszych rodaków po przylocie na wyspę nie stosował się do zasad kwarantanny, co skutkowało wieloma zakażeniami w kraju, do tej pory uważanym za  zieloną wyspę na pandemicznej mapie Europy.

Po tym incydencie nastroje wobec Polaków były bardzo nieprzyjemne, a często nawet agresywne. Gwoli sprawiedliwości należy tu dodać, że sami Polacy trochę się do tego przyczynili, kiedy na przykład pod informacją o liczbie zakażeń i zgonów w Polsce, która  któregoś dnia była głównym newsem w islandzkich mediach, wypowiadali się, że „wirusa tak naprawdę nie ma, nie przejmujcie się tym”, „moja ciocia  jest pielęgniarką w Polsce i tak naprawdę to szpitale stoją tam puste”, „wyłącz telewizor, a koronawirus zniknie” i tym podobne. Odpowiedź jednego z Islandczyków, że „skoro w Polsce jest tak dobrze, to wracaj tam i siedź, a nas nie zarażaj, bo chcemy lato spędzić z rodziną”, można uznać za jedną z łagodniejszych. Sytuacja była na tyle napięta, że interweniował polski ambasador, a władze Islandii wydały oświadczenie, że Polacy stanowiący tu największą mniejszość narodową, od lat pracują dla Islandii i nie można jednostkowych przypadków przekładać na całą nację. Wróćmy do wspomnianego maila. Jego autor pisze, iż szkoły, przedszkola, baseny, place zabaw, siłownie, boiska, sauny są cały czas otwarte. Racja – teraz są otwarte, ale autor  nie wspomina już  o tym, jak pod koniec marca, dosłownie z dnia na dzień, zamknięto szkoły, przedszkola i baseny na trzy tygodnie, po tym jak liczba dziennych przypadków COVID-19 wzrosła z zera do piętnastu (sic!).

Bary, restauracje – otwarte. Też prawda, tylko że… do 22 . Obowiązują też limity miejsc.

Autor listu twierdzi również, że firmy pracują normalnie. Rozumiem, że chodzi mu o brak pracy zdalnej, bo wystarczy przejść się po głównej ulicy Reykjaviku, żeby mijać miejsca „zamknięte z powodu covid -19” czy pojechać na wycieczkę po kraju, aby stwierdzić, że miejsca zwykle oblegane przez turystów świecą pustkami, a pozamykane na głucho hotele stanowią przygnębiający widok w kraju, w którym turystyka stanowi jedną z najważniejszych gałęzi gospodarki. O tym, jak procentowo wzrosło bezrobocie, nie wspominam.

W dniu, którym piszę ten tekst, przyleciał na Islandię pierwszy samolot ze Stanów Zjednoczonych ze 130 turystami na pokładzie. Islandczycy i wszyscy mieszkańcy mają nadzieję, że niebawem ( po zaszczepieniu 70 proc. populacji) rząd zniesie wszystkie ograniczenia i sezon  letni będzie obfitował w turystów.

Na razie, żeby zostać w ogóle wpuszczonym na Islandię, trzeba przejść trzy płatne testy i obowiązkową, co najmniej pięciodniową kwarantannę – przez dwa dni był nawet nakaz spędzania jej w hotelu, ale społeczeństwo źle zareagowało na to zarządzenie, a prawnicy orzekli, że jest ono niezgodnie z prawem i szybko się z niego wycofano. I tu przechodzimy do sedna. Jest tu coś takiego jak solidarność i odpowiedzialność społeczna. Wszelkie zarządzenia łatwiej jest egzekwować, bo Islandczycy wiedzą, iż to oni odpowiadają za swój kraj. Pomimo tego, że i tutaj zdarzają się koronasceptycy, nie spotkałam się  z sytuacją, żeby ktoś w sklepie awanturował się, bo pracownik kazał mu włożyć maseczkę. A w Polsce takie sytuacje miały miejsce. Jeżeli prawo, według Islandczyków, jest sensowne, to się do niego stosują. Kiedy jednak dzieje się coś, co im nie odpowiada, reagują szybko i, jak widać, skutecznie. Przede wszystkim jednak nie należy wyciągać, wzorem autora wspomnianego maila, wniosków na temat Islandii, Polski czy porównywać sytuację obu krajów i ich walkę z pandemią 1 do 1. Wystarczy bowiem porównać liczbę mieszkańców i gęstość zaludnienia obu krajów, żeby stwierdzić, że porównania takie nie mają większego sensu.

 

Kinga Harczuk – kierownik Wydawnictwa NTW, wydawcy „Nowego Telegrafu Warszawskiego”, czas dzieli między Warszawę a Islandię

 

 

Polecamy