poniedziałek, 20 września, 2021

W szpitalu strzelał „ksiądz”. Zamach na „Kikira” – egzekucja gangstera

Należał do bardziej znanych bandziorów. Andrzej Cz., pseudonim „Kikir”, kierował „grupą markowską”, zbieraniną prymitywnych, ale wyjątkowo brutalnych przestępców. Zginął z ręki kumpli, z którymi pokłócił się o wpływy. Zamach przeszedł do legendy, bo morderca przebrany za księdza wszedł do szpitala i zastrzelił gangstera, który nabierał sił po wcześniejszej strzelaninie.

Osoby spoza Warszawy często błędnie sądzą, że w latach 90-tych na terenie stolicy i w okolicznych miejscowościach grasowały jedynie dwie bandy, powszechnie znane jako „wołomińska” i „pruszkowska”. Tak naprawdę było ich znacznie więcej i nierzadko to właśnie ich członkowie dokonywali spektakularnych rabunków, napadów, zabójstw…. Z reguły nazywano je od terenu działania lub pseudonimu szefa. Do nich należała „grupa markowska” terroryzująca mieszkańców Marek i Ząbek. Szefem był Andrzej Cz., pseudonim „Kikir”.

„Przestępcy zajmowali się głównie dokonywaniem uprowadzeń osób dla okupu, napadami rabunkowymi oraz handlem narkotykami” – podawała w archiwalnym komunikacie sprzed lat Komenda Stołeczna Policji.

Wprawdzie „Kikir” był ważną postacią półświatka, ale trudno uznać, że szanowaną przez innych bandziorów. Jeśli już, to się go bano, bo był nieobliczalny i mściwy. Często też stosował brutalną przemoc nawet wobec bezbronnych już ofiar.

„Zdecydowanie bohater nie z mojej bajki. Jeżeli gangster jest złym człowiekiem z definicji, nie wiem, jak określić „Kikira”. Zwyrodnialec?” – tak o Andrzeju Cz. mówił słynny świadek koronny Jarosław S. w książce „Masa o porachunkach polskiej mafii”.

Przez długie lata „Kikir” niepodzielnie rządził swoją grupą. Nawet, gdy trafił za kratki, wydawał polecenia. Równocześnie jednak przebywając w więzieniu powoli tracił wpływy, a inni gangsterzy chcieli całkowicie je przejąć. Wiedzieli jednak, że łatwo się nie podda – dlatego wydali na niego wyrok. Czekali tylko na dogodną okazję. Taka się nadarzyła jesienią 2000 roku, gdy szef gangu wyszedł na kilkudniową przepustkę.

23 września krewny Andrzeja Cz. otwierał dyskotekę i bandzior był jednym z gości. Do domu wracał z żoną jadąc bmw. Było już późno, na drodze pustki, ale gdy dotarli do wsi Emilianów, nagle pojawił się czarny jeep grand cherokee. Gdy auta się zrównały, z terenówki padły serie strzałów z kałasznikowów. Wiele kul trafiło w bmw, cudem wówczas nikt nie zginął.

Ranny „Kikir” trafił do szpitala przy ulicy Szaserów. Z policją nie chciał współpracować. Po kilku tygodniach emocje opadły, gangster powoli nabierał sił, ale pozostał bez ochrony. Tymczasem zamachowcy nie zamierzali odpuścić.

20 października późnym wieczorem na oddział chirurgiczny wszedł mężczyzna w stroju księdza. Dotarł do sali numer 10, otworzył drzwi i od razu zaczął strzelać. Tym razem szef „markowskich” zginął na miejscu.

Mord był szokiem, nie tylko dla policjantów i prokuratorów, ale również pozostałych gangsterów. Dotychczas bowiem szpitale były bezpiecznym azylem. Niepisaną zasadę brutalnie złamano.

Podczas śledztwa przesłuchano setki osób, krążyło mnóstwo spekulacji i domysłów kto skorzystał na śmierci bandyty, ale dowodów brakowało. Bardzo długo nie udało się śledczym przełamać zmowy milczenia.

Dopiero w styczniu 2008 roku na stronie internetowej Komendy Stołecznej Policji pojawił się komunikat „Zarzuty w sprawie zabójstwa „Kikira”. Później do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko grupie mężczyzn z zarzutami zlecenia mordu, jak i pomocnictwa – opierał się przede wszystkim na zeznaniach Rafała T., pseudonim „Tołdi” oraz Mirosława K., pseudonim „Miron”, gangsterów, którzy poszli na współpracę.

Na ławie oskarżonych zabrakło tego, który – według prokuratury – strzelał w szpitalu. Rzekomo był to Albert P., pseudonim „Alik” – sam zginął kilka miesięcy po zamachu, także zastrzelony w przestępczych porachunkach.

Proces, który trwał wiele lat, zakończył się porażką prokuratury. Sąd uznał zeznania „Mirona” i „Tołdiego” za niewiarygodne i wszystkich oskarżonych uniewinnił. To orzeczenie utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny w Warszawie.

Do dziś, choć minęło ponad 20 lat, nikt nie poniósł kary za mord popełniony w szpitalu.

Łucja Czechowska

Polecamy