poniedziałek, 20 września, 2021

PFN? FOZZ też był dobrym pomysłem, a wyszła afera

Ludzie zarządzający Polską Fundacją Narodową są politykami i to niskiego szczebla samorządowego. To osoby, które kompletnie nie mają pojęcia o tym, jak taka fundacja powinna być prowadzona. Minęły dwa lata, spore pieniądze zostały wydane, nie zrobiono w tej sprawie nic! Mają setki milionów do dyspozycji, a nie są skuteczni. Oznacza to, że do PFN trafili dyletanci. Osobnym problemem jest dość frywolne traktowanie wydatków – mówi w rozmowie z Nowym Telegrafem Warszawskim Andrzej Stankiewicz, publicysta Onet.pl.


Napisał Pan w Onecie materiał mocno krytyczny na temat Polskiej Fundacji Narodowej. Jaki ma Pan problem z tą instytucją?
Andrzej Stankiewicz: Przede wszystkim rozumiem ideę powołania tej fundacji, a nawet sposób jej finansowania. Tego nie krytykowałem. Są tam jednak dwa poważne problemy.
Jakie?
Po pierwsze – ludzie zarządzający PFN są politykami i to niskiego szczebla samorządowego. To osoby, które kompletnie nie mają pojęcia o tym, jak taka fundacja powinna być prowadzona. Minęły dwa lata, spore pieniądze zostały wydane, nie zrobiono w tej sprawie nic! Mają setki milionów do dyspozycji, a nie są skuteczni. Oznacza to, że do PFN trafili dyletanci. Osobnym problemem jest dość frywolne traktowanie wydatków.
To znaczy?
Pomysł z FOZZ też nie był głupi. To miał być fundusz, który skupuje polskie długi za niewielką ich część. Ale mechanizmy ochronne, żeby nikt przy tym nie kradł, nie były wystarczające. Tu jest podobnie. Nie ma jasnego systemu kontroli. To powinno normalnej kontroli podlegać. PFN nie ujawnia swoich finansów. Powinny być co pół roku ujawniane raporty finansowe. Tego nie ma.
A może chodzi o to, że media czepiają się PFN, bo większości z nich nie odpowiada konserwatywny profil prezentowany przez ludzi z PFN?
Absolutnie nikt nie może mieć pretensji o to, że do fundacji trafili ludzie o konserwatywnych poglądach – to było oczywiste, bo wiadomo, jakie preferencje ma obecny polski rząd. Nikt nie oczekuje też od nich cudów. Tylko tego, by pilnowali wydatków, bo chodzi przecież o publiczne pieniądze.
No tak, ale Pan krytykuje też amerykańską firmę, która została wynajęta właśnie do promocji Polski. Skąd ta krytyka?
I tu jest nieporozumienie kolejne. Jeżeli na czele fundacji stawia się ludzi, którzy są dyletantami, to oni nie szukają profesjonalnych firm, które by mogli wynająć, ale szukają po znajomych. I dokładnie tak to poszło. Ponieważ siostra profesora Chodakiewicza pracowała w tej akurat firmie, to ją wzięli. Polska Fundacja Narodowa jest jedynym zagranicznym podmiotem, dla którego ta firma pracowała. A są w Stanach Zjednoczonych organizacje mające ogromne doświadczenie w działalności międzynarodowej. Ta wynajęta przez PFN jest tak mała, że sama musi inne firmy podnajmować. To kłopot, że wzięli tę firmę po znajomości. W dodatku w umowie White House Group wynegocjował, że za nic nie odpowiada. Do tego PFN podpisuje tej amerykańskiej firmie wszystkie faktury „jak leci”. Na przykład przelot samolotem pana Jannigera za 6 tysięcy złotych. W normalnym biznesie audytor zapytałby „ale dlaczego”. Tu nikt nie zapyta, bo wszystko tworzone jest pod znajomych. Po to się tworzy procedury, by takich rzeczy nie było. Tu wszelkie bezpieczniki zostały wykręcone. Powiem szczerze, że nie jestem zdziwiony. Pisałem teksty na temat PFN, czekałem na ostatni raport. Zastanawiałem się, co oni wywinęli. Nie liczyłem, że cokolwiek zmienią. Zmienili tylko tyle, że rachityczne profile internetowe, na których mylono Warszawę z Pragą a z Kamila Stocha robili nie skoczka, ale akrobatę na nartach zniknęły z sieci. Poza tym nic się nie zmieniło.

Polecamy