poniedziałek, 27 września, 2021

Skowron: O wyższości łuku nad ziemniakami

Nie umiem dołączyć do grona jęczących na temat budowy łuku triumfalnego Bitwy Warszawskiej 1920, a może i kolejnego muzeum. Nie umiem, choćbym nie wiem jak się starał, bo wcale nie uważam, żeby łuk i kolejne muzeum miały być złymi pomysłami.
Zestaw argumentów przeciwko jest dość szeroki. Zaczyna się od tego „ile to będzie kosztowało”. Za te pieniądze „przecież można zbudować coś innego”, albo wydać je „w bardziej pożyteczny sposób”. No można. Można by za to nakupić ziemniaków i wykarmić tabun ludzi. Można by je te pieniądze wychrzanić na ileś zapominanych już „stref komfortu”, jakie przemknęły przez Plac Bankowy i rozrzucić je po całym mieście. Wszystko można. Tyle, że są też rzeczy, które trzeba. Wśród tych, które trzeba, jest dbanie o własną historię i kulturę.
Szczególnie ciekawe jest dla mnie to, że na budowę łuku narzekają ci sami, którzy generalnie byli za tym, żeby stała tęcza. Argumentem kluczowym było to, że „co komu tęcza przeszkadza”. Tęcza, która kosztowała w sumie kilkaset tysięcy złotych (tak, tak), po której nie zostało nic, jak po słomianym misiu z „Misia”. No panie i panowie… Skoro nie przeszkadzała i wówczas głodujące dzieci i biblioteki z przedszkolami mieliście gdzieś, to teraz proszę o trochę konsekwencji.
Ponadto, jeżeli rzeczywiście znów sprowadzono to do sporu politycznego (jak wszystko w ostatnich latach), to nic nie przeszkadza, by jedna strona uczciła Bitwę Warszawską łukiem i muzeum, a druga obierając ziemniaki i sadząc drzewka. I wszyscy będą happy.
Wśród innych argumentów pojawia się opinia, że powstanie jakiś „koszmarek”. Ok, też mam tu swoje obawy. Pamiętam schrzanienie Świątyni Opatrzności Bożej decyzją prymasa Glempa. Pamiętam schrzanienie osi stanisławowskiej przez władze Warszawy. Tyle, że pamiętam wiele rzeczy schrzanionych przez jakieś władze. I wciąż jakoś nie jestem przekonany, ze powinienem być anarchistą.
To narzekania z lewej i centrum. Spodziewam się jednak narzekań także z prawej strony sceny politycznej. Niemal na pewno zacznie się chrzanienie, że przy tej okazji jest „za dużo o Piłsudskim”. Powrócą wszystkie te bajdy o gen. Rozwadowskim itd. Cóż, jeżeli endecji, Konfederacja i kto tam jeszcze przycwałuje z pretensjami, mają wciąż problem z Piłsudskim, to jest wyjście. Niech postawią dla równowagi naturalnej wielkości pomnik Dmowskiego, wypoczywającego na leżaku. W czasie, w którym ważyły się losy świata pan Roman właśnie to robił w Poznaniu.
I na koniec, mam takie wspomnienie z lat 90, kiedy jako początkujący dziennikarz rozmawiałem z niektórymi powstańcami. Opowiadali, że o Powstaniu nikt nie pamięta. Kilka bitych kadencji władze Warszawy miały ich gdzieś. I oni, ostatni żyjący, byli tym wyraźnie poruszeni. Tym, że nie mają gdzie pójść z wnukami by im to pokazać. Tym, że ich umierający koledzy nie mają gdzie przekazać pamiątek po Powstaniu.
Otóż ja nie umiem mieć gdzieś tych, którzy uczestniczyli w Bitwie Warszawskiej i wojnie polsko-bolszewickiej. Choć przecież byłoby znacznie łatwiej, bo wszyscy uczestnicy już nie żyją. Mimo tego nie umiem. I dziwię się tym, którzy to potrafią. A może nawet im współczuję.

Mirosław Skowron

Autor jest publicystą, kierownikiem działu Opinie w „Super Expressie”

Polecamy