Mobilizacja Putina i atomowy straszak. Strachy na Lachy, czy realne groźby?

0
14
fot pixabay

Władimir Putin ogłosił, częściową jedynie z nazwy, mobilizację. Oficjalnie powołać ma do armii 300 tysięcy ludzi. W rzeczywistości ma być ich ponad milion. Przy okazji znów postraszył atomowym straszakiem.

Niezależnie od tego, czy mobilizacja okaże się wzmocnieniem, czy kolejną klęską Putina – na razie jedyne co osiągnął, to pierwsze na taką skalę od lat protesty – jest zbrodnią. Plan zakłada bowiem powołanie do armii od 300 tysięcy do ponad miliona ludzi, przede wszystkim spoza wielkich miast. Z terenów wiejskich, gdzie opór względem władzy jest mniejszy. I z dalekowschodnich republik, innych niż rosyjska nacji, które Putin uważa za ludzi gorszej kategorii.

Ludzi tych albo trzeba przez wiele miesięcy szkolić. Albo wysłać na front bez szkoleń i sprzętu, jako mięso armatnie. Wg nieoficjalnych sygnałów z samej Rosji właśnie to chce zrobić rosyjski satrapa. Na co liczy? Na to, że jak za Stalina wojsko rosyjskie samą przewagą liczebną zmiażdży przeciwnika. Problem w tym, że dziś przewaga liczebna nie jest już na froncie decydująca. Stąd Putin może się mocno przeliczyć.

To jednak nie jedyny zbrodniczy plan Rosji. W tym momencie trwają tak zwane referenda na okupowanych terenach. Są nielegalne, wyniki będą fałszywe. Ale po pierwsze – okupanci planują piekło dla niepokornych, którzy wystąpią przeciwko Rosji. Wywózki, eksterminacje, czystki etniczne. Cel polityczny jest też jasny. Rosja po sfałszowaniu referendów uzna okupowane tereny za swoje. W razie akcji odbijania terenów przez Ukraińców będzie krzyczeć, że to oni atakują Rosję.

W dodatku  będzie to pretekst do kolejnego straszenia użyciem broni jądrowej. Czy faktycznie Rosja może to zrobić? Większość ekspertów uważa, że Władimir Putin nie posunie się do tego kroku. Inni, że może w desperacji broni użyć. Jednak wszyscy są zgodni, że byłoby to w wykonaniu Putina rozszerzone samobójstwo. I, nawet gdyby zdecydował się je popełnić, nie jest powiedziane, żeby mu się udało.

Wbrew powszechnej na świecie opinii to nie jest tak, że Putin naciska guzik i lecą rakiety. Najpierw decyzję wydaje on. Potwierdzają ją minister obrony Szojgu i szef sztabu generalnego. Na koniec rozkaz trafia do bazy, w której odpalają rakiety żołnierze. Oni też mogą odmówić rozkazu.