wtorek, 7 grudnia, 2021

Rekordowe zadłużenie. Tak płacimy za lockdowny

Rzeczywiste zadłużenie polskiego sektora instytucji rządowych i samorządowych zbliża się do nieprzekraczalnego – zgodnie z konstytucją – progu 60 proc. PKB. To głównie rezultat wysokiej pomocy finansowej, która w ostatnich miesiącach trafiła do firm, by ratować je przed bankructwem i zachować miejsca pracy. Pandemia spowodowała, że tempo zadłużania się Polski gwałtownie przyspieszyło, a to skutkuje dziś m.in. wysoką inflacją. Według ekonomisty SGH, dra Artura Bartoszewicza, nie stać nas na kolejne całościowe lockdownami i powinniśmy je stosować  jedynie punktowo.

– Jeżeli mielibyśmy do czynienia z kolejną falą lockdownu, ryzyko, ze pogorsza sie warunki gospodarcze a wiele  przedsiębiorstw upadnie oczywiście byłoby znaczne. Naruszylibyśmy tym istotnie system finansów publicznych. Dzisiaj finansowaliśmy wyjście z kryzysu długiem, a w nieskończoność zadłużać się nie możemy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Artur Bartoszewicz, ekonomista SGH, ekspert Instytutu Jagiellońskiego.

Lawinowy wzrost zadłużenia 

Gdy w marcu 2020 roku pandemia zaczęła zbierać żniwo w Europie i Stanach Zjednoczonych, największe banki centralne zdecydowały się na politykę luzowania ilościowego. Również Narodowy Bank Polski ogłosił program skupu obligacji państwowych. Celem jest poprawa płynności w sektorze bankowym oraz zwiększenie aktywności gospodarczej.

Dodatkowe pieniądze rzadzocy przeznaczyli na tarcze antykryzysowe. Pozwoliły one  zachować miejsca pracy w warunkach zatrzymania pracy firm lub przejścia na pracę zdalną. Konsekwencją tego kroku jest jednak to, że zadłużenie państwa rosnie lawinowo. Jest częściowo ukryte w różnych funduszach celowych. Długu tego nie widać w samym budżecie państwa, ale publikowany jest co kwartał przez Komisję Europejską, a Polska, tak jak inne kraje, musi raportować KE rzeczywisty stan zadłużenia, a nie tylko deficyt budżetowy czy dług publiczny. Na koniec I połowy 2021 roku dług sektora finansów publicznych (rządowy i instytucji samorządowych) liczony metodologią unijną wyniósł dokładnie 1 402 042 mln zł. To 57,4 proc. polskiego PKB. Oznacza to, że w ciągu półtora roku zadłużenie Polski wzrosło o 350 mld zł.

– Mechanizm obronny, który wytworzyliśmy, skutkował ogromną inflacją. Zjawiska ekonomiczne są bezwzględne, one odzwierciedlają sytuację błędnych decyzji i na to trzeba zwracać uwagę – mówi ekonomista.

Inflacja najwyższa od 20 lat

Napływ pieniądza na rynek spowodował najwyższą od ponad 20 lat inflację. W październiku sięgnęła ona 6,8 proc. Wprawdzie RPP podniosła dwukrotnie stopy procentowe, ale stopa referencyjna jest na poziomie 1,25 proc.,. Znacząco niżej od inflacji. Ponadto część ekonomistów zarzuca bankowi centralnemu złą komunikację z rynkiem. Skutkiem są bardzo wysokie w porównaniu ze stanem sprzed kilku miesięcy rentowności obligacji długoterminowych.

Podejmowane przez RPP decyzje to efekt zamrożenia gospodarki, a przynajmniej niektórych jej branż, na wiele miesięcy. To lockdowny spowodowały potrzebę wsparcia finansowego firm i pracowników.

– Lockdown jest jedynym doświadczeniem, które nabyła Polska jako mechanizm obrony przed pandemiami – podkreśla dr Artur Bartoszewicz. – W tym czasie można było testować różne inne metody związane z ochroną ludności. A rząd podjął jedynie  działanie całkowitego zamrażania gospodarki. To jest niezwykle kosztowne dla gospodarki. Bardzo ryzykowne dla społeczeństwa z uwagi na koszt tego zjawiska. Także to, że później mamy kłopoty z finansowaniem wydatków publicznych. Ten mechanizm to ostateczność.  Nie może być priorytetowym i jedynym mechanizmem obrony.

Jak podkreśla, przed wprowadzeniem lockdownu powinny być zastosowane szerokie działania sanitarne, epidemiologiczne, rozwiązania dostosowane do specyfiki branż. Konieczna jest także edukacja społeczeństwa, uczenie Kowalskiego „normalnego” funkcjonowania jako konsument, pracownik, uczestnik życia społeczno-gospodarczego, ale przy podwyższonym ryzyku zachorowań.

Lockdownami tylko punktowo i w ostateczności 

– Jeżeli te ryzyka zachorowalności byłyby znaczne, trzeba ograniczać aktywność. Ale lockdown jest narzędziem, które stosujemy w ostateczności – ocenia ekspert. – Co jesli   pojawiłoby się nowe zagrożenie, nowa pandemia. Z zupełnie innym ryzykiem, inną skalą zachorowań i śmiertelności, należałoby to narzędzie rozważać. Ale tylko i wyłącznie w charakterze punktowym, jednoznacznie ograniczającym mobilność danej części społeczeństwa.

Rząd wprowadził jesienią ub.r. podział na strefy (żółte i czerwone). Tam restrykcje uzależnił od liczby zakażeń. Byla to jednak fikcja.

– My stosowaliśmy lockdown w poszczególnych obszarach, województwach, a ludzie migrowali między przestrzenią wyłączoną a przestrzenią czynną. Takich fikcyjnych decyzji nie należy podejmować, bo one są najbardziej kosztowne w systemie – mówi dr Artur Bartoszewicz.

(Newseria)

Polecamy