wtorek, 7 grudnia, 2021

Andrzej Stankiewicz: Trzaskowski jest zmarginalizowany (NASZ WYWIAD)

Były premier wyraźnie podkreślił, że linia Platformy to jest centrum. To zmiana po latach, gdy od czasu Ewy Kopacz partia ta skręcała w lewo. Widać w tym rękę Tuska, który nie dopuszcza żadnej koalicji z lewicą. Dlatego frakcja lewicująca musiała być mocno zmarginalizowana. Trzaskowski ma ograniczyć się do Warszawy, a jego frakcja do odbierania głosów lewicy – mówi Andrzej Stankiewicz, publicysta, wicenaczelny Onet.pl.

Po powrocie Donalda Tuska do polskiej polityki mówiło się, że Rafał Trzaskowski jest największym przegranym tego powrotu. Teraz są głosy, że ma być liderem lewicowej frakcji, pełnić funkcją „drugiego Palikota”. Jednocześnie prezydent Warszawy ma być typowany na kandydata w wyborach na prezydenta RP. To faktycznie zakładany  scenariusz?

Andrzej Stankiewicz: Ja bym to włożył między bajki. Po pierwsze mówienie o wyborach w 2025 roku jest to na dziś science fiction. Bo nie wiemy, jak będzie wyglądać scena polityczna za cztery lata. Może będzie rządzić dalej PiS, ale może będzie rządzić PO. Może będzie czas rozliczeń, a może przepychanek między Dudą a rządem. Myślę, że mówiąc o tej prezydenturze w 2025 roku dla Trzaskowskiego Tusk wyznaczył mu jasną rolę – ma zająć się Warszawą. Jednocześnie ten campus i środowisko prezydenta stolicy zostało całkowicie zmarginalizowane. A to ewentualne kandydowanie na prezydenta ma złagodzić w oczach elektoratu efekt osłabienia ruchu, który uzyskał w wyborach 10 milionów głosów.

Ale dlaczego Trzaskowski i ta lewicowa frakcja zostały zmarginalizowane?

Nawet politycy spoza PO zauważają, że przed powrotem Tuska była totalna degrengolada. Teraz jest jeden szef, który trzyma to w garści. Pokazał też kilka rzeczy.  Udowodnił, że wojna z PiS to nie są jaja, że nie może być tak, że ktoś na serio krytykuje lex TVN  a potem idzie na urodziny i pije wódeczkę z Dworczykiem, czy Suskim. I elektorat PO tego właśnie oczekuje. Twardy elektorat Platformy chce mieć poczucie, że to prawdziwa wojna, to po pierwsze. Po drugie, Tusk spacyfikował wspomniany już campus Trzaskowskiego i lewicowe ataki w kierunku Kościoła.  Słowa Nitrasa o opiłowywaniu katolików zostały przeinaczone, wiele osób tłumaczyło, że poseł PO został źle zrozumiany. Tusk od słów tych się odciął. Bo wie, że postulatami wojny z Kościołem nie wygra wyborów Po trzecie ostro odciął się od Sterczewskiego i Jachiry, ich działań na granicy. Wyraźnie podkreślił, że linia Platformy to jest centrum. To zmiana po latach, gdy od czasu Ewy Kopacz partia ta skręcała w lewo. Widać w tym rękę Tuska, który nie dopuszcza żadnej koalicji z lewicą. Dlatego frakcja lewicująca musiała być mocno zmarginalizowana. Trzaskowski ma ograniczyć się do Warszawy, a jego frakcja do odbierania głosów lewicy. Ale partia ma być wyraźnie w centrum.

Skoro ma być partia centrowa, to musi „podbierać” też głosy prawej strony. Tusk na zabranie wyborców PiS nie ma szans. Ale w 1997 roku rządzący Sojusz Lewicy Demokratycznej tracił poparcie głównie w elektoracie emerytów. I  powołano wtedy partię emerytów po to, by mieć koalicjanta w przyszłym Sejmie. W odpowiedzi prawicowcy, konkretnie związani z KPN powołali własną partię emerycką, nazywała się ona Porozumienie Emerytów.

Pamiętam. I obie te partie do Sejmu nie weszły.

No właśnie, ale dzięki temu AWS i Unia Wolności odebrały władzę SLD. Pytam o to nie dlatego, że chcę wracać do czegoś, co działo się trzydzieści lat temu, ale dlatego, że historia czasem lubi się powtarzać. I są sygnały z obozu opozycji, że zamiast budowania jednej eklektycznej listy opozycyjnej, Platforma będzie z jednej strony zagospodarowywać antypis, ale też wzmacniać po cichu jakąś prawicę, która osłabi PiS. Wierzy Pan w taki scenariusz?

Ja nie tylko wierzę, ale wiem, że taki scenariusz jest realizowany. To może wyglądać na szaleństwo, ale Donald Tusk ma świadomość, że jest skazany na jakąś formę współpracy z Konfederacją. Oczywiście nie mówię tu o koalicji wyborczej, czy rządowej. Ale wie, że silniejsza Konfederacja, to znacznie słabszy PiS. A kanały kontaktu między formacjami istnieją.

Tak, ale tu jest pewien problem – całkowita nieobliczalność Konfederacji. Posłowie Braun, czy Korwin-Mikke są absolutnie niesterowalni.

Ale nie wiemy, jak będzie wyglądać scena polityczna za dwa lata. Jeśli po stronie Konfederacji wygra bardziej przewidywalna frakcja, nastąpi profesjonalizacja tego ugrupowania. I jakieś ciche porozumienie może być zawarte. Ale tu są oczywiście pewne zagrożenia. Bo jest Zbigniew Ziobro, który coraz bardziej dystansuje się od PiS w swoim ostrym sprzeciwie wobec UE. Kaczyński też kilkakrotnie zagrał z PSL-em, choćby w kwestii wyboru prezesa IPN, czy Rzecznika Praw Obywatelskich.

Czy jednak PSL nie stanie się ugrupowaniem bardziej odbierającym głosy umiarkowanych zwolenników PiS?

Kosiniak-Kamysz próbuje to robić i ja wcale nie wykluczam, że tak się właśnie stanie. Generalnie plan Tuska jest taki, żeby z jednej strony podgryzać PiS i odbierać mu głosy na wsi i w małych miejscowościach, z drugiej podgryzać z prawej strony przez Konfederację, z trzeciej zawalczyć o mobilizację twardego elektoratu i poszerzyć własny elektorat o wyborców niezdecydowanych. I stąd tak mocne stawianie na Unię Europejską.

Polecamy