poniedziałek, 27 września, 2021

Powiesili ich sto lat temu. Zbrodnie tego małżeństwa wciąż szokują

Szczepan Paśnik – uważany za pierwszego w niepodległej Polsce seryjnego mordercę – zabił siedem kobiet. Pomagała mu żona Józefa, która usypiała czujność ofiar, a także zdejmowała ze zwłok ubrania, które sprzedawała na bazarze. Gdy wpadli, proces potrwał zaledwie dwa dni. Oboje skazano na karę śmierci, egzekucję wykonano na Cytadeli. Choć koszmarne wydarzenia rozegrały się niemal 100 lat temu, to w archiwach zachowało się sporo informacji na temat zbrodniczego małżeństwa Szczepana i Józefy Paśników. Działali w makabryczny sposób. W konsekwencji stanęli przed plutonem egzekucyjnym. (Tekst z cyklu „Z archiwum Telegrafu”) 

 

Andrzej Gass na łamach Focus.pl tak opisywał ostatnie chwile ich życia:

„Na wałach otaczających warszawską Cytadelę od strony Wisły mimo wczesnej pory zgromadził się tłum gapiów. 7 kwietnia 1922 r. zapowiadały się niecodzienne atrakcje. Miejska gawiedź przez wysoki płot z drutu kolczastego wpatrywała się w miejsce kaźni. Był to podkowiasty plac otoczony murem, zamknięty z jednej strony ziemnym wałem – stał na nim biały słupek, obok którego leżały dwie skrzynie z  nieheblowanych desek. Pluton żołnierzy ustawił się w szeregu. O szóstej rano pod strażą przyprowadzono skazańca. Za nim szli ksiądz, lekarz  i prokurator. Skazanego przywiązano do słupka, opaską zasłonięto mu oczy. Padła komenda: „Cel, pal!”. Rozległ się huk wystrzałów. Lekarz stwierdził zgon, ciało włożono do skrzyni. Po chwili pojawił się drugi orszak. Tym razem strażnicy, kapelan i prokurator doprowadzili kobietę”.

W chwili śmierci Szczepan miał 36 lat, Józefa była nieco starsza. Wcześniej mieszkali we wsi pod Pruszkowem, byli ludźmi ubogimi. Ona przez większość życia nie wchodziła nikomu w drogę. Za to o mężczyźnie krążyły rozmaite pogłoski. Rzekomo przed laty zabił carskiego żandarma i trafił do twierdzy koło Petersburga – uciekł stamtąd po wybuchu rewolucji bolszewickiej. Wrócił w rodzinne strony. Ludzie się go bali, ale nikt wówczas nie sądził, że przejdzie do historii, jako pierwszy w Polsce seryjny morderca.

„Rok 1922 r. dla stołecznej policji zaczął się fatalnie. W styczniu i lutym w podwarszawskich lasach i zagajnikach znaleziono zwłoki siedmiu kobiet. Wszystkie przed śmiercią zgwałcono. Niektóre zostały uduszone, innym podcięto gardło” – przypomniała niedawno Komenda Główna Policji.

Pierwszą była 30-letnia Józefa Gądekowa – na początku stycznia jej zwłoki znaleziono w zagajniku koło Pruszkowa. Po kilku dniach niemalże w tym samym miejscu odkryto ciało Marii Wiśniewskiej, matki Józefy. Z kolei we wsi Duchnice koło Ożarowa zginęła Maria Garlicka, krewna poprzednich ofiar. Wszystkie zgwałcono i zabito podrzynając im gardło. Wtedy nie udało się wytypować podejrzanego – dopiero później ustalono, że dwie z nich były kochankami Paśnika.

Pod koniec stycznia doszło do dwóch zbrodni. Nagie ciała kobiet znaleziono koło stacji kolejowej we Włochach i w lesie na terenie Wawra. Natomiast na początku lutego rozegrała się tragedia w Teresinie. Morderca nadal pozostawał nieuchwytny. W końcu jednak popełnił błąd…

Rankiem 24 lutego na Błoniach przypadkowy świadek natknął się na zwłoki młodej kobiety leżące przy torach kolejowych. Modus operandi było wręcz identyczne. Ofiara została zgwałcona oraz uduszona, sprawca zabrał gotówkę i dokumenty utrudniając identyfikację, ale także zdjął ze zmarłej ubranie. Pomimo to szybko odkryto kim jest zamordowana.

Na komisariat zgłosiła się Michalina Matwiejewa, zaniepokojona losem koleżanki, która kilka dni wcześniej odjechała pociągiem z nieznajomym mężczyzną i jego żoną. Chodziło o 24-letnią Marię Moroz.

Matwiejewa opowiadała, że przyjechały z prowincji i szukały pracy. Pochodziły z Kresów, planowały podróż do Kanady. Potrzebowały jednak pieniędzy.

„Spotkały na warszawskim dworcu Głównym kobietę o śniadej, chudej twarzy oraz czarnych oczach, która proponowała im pracę u swojego sąsiada. Michalina opisała sytuację, jak kobieta zawołała mężczyznę podającego się za właściciela gospodarstwa pod Ożarowem. Dopiero co wrócił z Ameryki i obu dziewczynom zaproponował zatrudnienie” – wspomina facebookowy profil „Echo Żyrardowskie”.

Młode kobiety zgodziły się, bo zaproponowane warunki były doskonałe. Umowę przypieczętowali wódką i małym poczęstunkiem. Później udali się na pociąg.

„W ostatniej chwili Michalina oświadczyła, że dojedzie do nich jutro. Przeczucie podpowiadało jej, żeby nie jechać, żeby zostać. Mężczyzna nie protestował, kupił trzy bilety i wraz z Marią i swoją „sąsiadką” wsiadł do pociągu” – dodaje autor tekstu „Echa Żyrardowskiego”. Wtedy ostatni raz widziała Moroz.

Policjanci skojarzyli fakty i pokazali Matwiejewej zdjęcia zwłok znalezionych na Błoniach. Bez wahania rozpoznała koleżankę. Pomogła też schwytać jej mordercę – tutaj jednak archiwalne relacje są sprzeczne (lub nieprecyzyjne).

Z jednych wynika, że kobiecie pokazano fotografię kilkunastu mężczyzn – na jednej z nich rozpoznała „gospodarza” – to było zdjęcie Paśnika. Z innych, że razem z policjantami przez kilka dni jeździła na dworzec i w tłumie ludzi wypatrywała podejrzanego mężczyzny, a gdy go w końcu dostrzegła, został zatrzymany.

Pewnym jest jednak, że na początku marca Paśnik trafił do aresztu. W trakcie krótkiego śledztwa przyznał się do siedmiu zabójstw (później odwołał wyjaśnienia, ale podał szczegóły, które mógł znać jedynie morderca). Wtedy miał powiedzieć:

„Zabijać nożem lub innym narzędziem nie warto, bo krew zostawia ślady na ubraniu, a wtedy trudno je spieniężyć” – cytował „Newsweek” słowa Szczepana Paśnika.

Za kratkami znalazła się także jego żona. Ona zajmowała się zdejmowaniem ubrań z ofiar i sprzedawaniem ich na bazarach, m.in. słynnym Kercelaku.

„Nie tylko wiedziała o zbrodniach męża, ale również uczestniczyła w nich, „podstawiając” mu ofiary” – podkreśla policja.pl

Proces przed sądem przeprowadzono w trybie doraźnym. Dlatego potrwał zaledwie dwa dni. To z tamtego czasu pochodzi najbardziej znany rysunek oskarżonych.

Wyrok ogłoszono 6 kwietnia. Oboje skazano na karę śmierci. Jak zareagowali?

W książce „Seryjni mordercy RP” (cytowanej we fragmentach na stronie wielkahistoria.pl) Kamil Janicki napisał: „On uśmiechnął się i głęboko ukłonił sądowi, „jakby dziękując za ten wyrok”. Nie zdradzał ani śladu zaskoczenia. Ona łkała cicho, zalana łzami. Skuliła się i nawet nie próbowała protestować. (…) „Nie płacz głupia! To nic strasznego! To nic…” — mężczyzna szturchnął żonę i teatralnie, jakby na pokaz, zarechotał”.

Nazajutrz stanęli przed plutonem egzekucyjnym.

 

Łucja Czechowska

(Materiał publikujemy w ramach wakacyjnego cyklu artykułów, które ukazały się w „Nowym Telegrafie Warszawskim”)

 

Polecamy