poniedziałek, 27 września, 2021

WAMPIR grasował na Grochowie i Gocławiu. Bił, gwałcił, MORDOWAŁ

Wiosną 1950 r. na prawobrzeżnej części Warszawy zapanowała psychoza strachu. Brutalny bandyta wieczorami atakował kobiety, katował je i gwałcił. Dwie z nich udusił. Jedna z ofiar, która przeżyła napaść, zapamiętała szczegóły wyglądu napastnika – przede wszystkim brak dwóch palców. Dzięki temu milicjanci wpadli na trop 25-letniego Tadeusza Ołdaka, który podczas przesłuchań przyznał się do winy. Sąd wysłał zbrodniarza na stryczek.

To był początek maja 1950 roku. Młoda kobieta, 24-letnia Irena L. późnym wieczorem (około godziny 23) wracała z kina. Na ulicy Żymirskiego zaczepił ją niewiele starszy mężczyzna w wojskowym drelichu. Po krótkiej wymianie zdań napastnik zaatakował kobietę i siłą zaciągnął na pobliskie pole. Tam brutalnie zgwałcił. Na tym nie poprzestał – grożąc śmiercią kazał iść za sobą w kierunku Jeziorka Gocławskiego. Dalej pastwił się nad kobietą, ale zrobił też coś mocno zaskakującego.

„Jak później zeznał, był przekonany, że Irena L. zginie tej nocy, dlatego powiedział jej dużo o sobie” – wspominał przed niemal dekadą Paweł Rzewuski na łamach serwisu histmag.org

Bandyta przez kilka godzin przetrzymywał kobietę, która bała się krzyczeć, bo byli na odludziu i nawet jeśli ktokolwiek by ją usłyszał, to nie zdążyłby uratować. Czekała więc na okazję do ucieczki. I uważnie słuchała mężczyzny, który opowiadał o problemach, ojcu inwalidzie, wyburzonych barakach w pobliżu jeziorka, w których mieszkał przed wojną. Bez wątpienia pochodził z prawobrzeżnej stolicy. Irena L. dostrzegła również, że nie ma dwóch palców – małego i serdecznego u lewej dłoni.

Nad ranem oprawca próbował udusić kobietę, szamotali się, wtedy Irena L. zdołała odepchnąć mężczyznę i wskoczyła do wody. To ją uratowało, bo napastnik uciekł – wyszła na brzeg dopiero, gdy zobaczyła nadchodzących wędkarzy.

Oczywiście, Irena L. poszła na komisariat i milicjantom szczegółowo zrelacjonowała co się stało w nocy. Przekazała też ważną informację – gwałciciel opowiedział jej bowiem o wcześniej popełnionej zbrodni.

7 kwietnia w pobliżu torów kolejowych przy ul. Podskarbińskiej znaleziono roznegliżowane zwłoki 40-letniej Walerii Ł., wdowy samotnie wychowującej dwójkę dzieci. Kobieta została uduszona. Przed śmiercią sprawca wielokrotnie uderzał kamieniem w głowę ofiary, a na koniec ją zgwałcił.

Niestety, choć Irena L. podała wiele szczegółów, to nie udało się od razu schwytać napastnika, a on dalej atakował.

Dwa dni później na ogródkach działkowych przy ul. Żymirskiego zabił i zgwałcił 20-letnią Marię W., która pracowała w sklepie na Woli, ale mieszkała na Grochowie. Zginęła wracając do domu.

12 maja zaatakowana została Barbara F., 18-letnia uczennica z Anina. Bandyta zaczepił ją w pobliżu stacji kolejowej i zaciągnął do lasu. Zgwałcił dziewczynę. Gdy próbował ją udusić, ona straciła przytomność i zapewne tylko dzięki temu przeżyła. Gdy się bowiem ocknęła, bandyty już nie było.

Podczas śledztwa przełomem okazało się dotarcie do mieszkańców przedwojennych baraków. Oni opowiedzieli o rodzinie, w której był inwalida bez nogi, mający dwóch synów. Wezwano ich na przesłuchania. Dotarł tylko jeden, ale przyznał, że brat nie ma dwóch palców u lewej ręki.

Wtedy ruszyły poszukiwania 25-letniego Tadeusza Ołdaka, ale on znikł. Przez niemal miesiąc ukrywał się na Podlasiu. Wpadł dopiero 10 czerwca, gdy skontaktował się z żoną. Mężczyzna trafił do aresztu, a w śledztwie i na procesie przyznał się do winy. Poza tym rozpoznała go Irena L.

W artykule z 1965 roku, który opublikowano na łamach „Problemów Kryminalistyki” Stanisław Szczepaniak relacjonował wyjaśnienia Ołdaka, który okazał się alkoholikiem:

„Opisując koleje swego życia podkreślił trudne dzieciństwo spowodowane inwalidztwem ojca. W okresie okupacji przebywał na robotach przymusowych w Niemczech, gdzie stracił palce u rąk. (…) Po powrocie do kraju związał się z kobietą lekkich obyczajów o kilkanaście lat od niego starszą. Utrzymywał przy tym znajomości z innymi prostytutkami, od których zaraził się syfilisem. (…) W 1948 r. poznał kobietę, z którą wziął ślub i miał dziecko. Przed aresztowaniem pracował niecałe dwa miesiące jako strażnik w obozie pracy na Służewcu”. Sąd nie miał wątpliwości co do winy Tadeusza Ołdaka, a ten nie okazał skruchy. Został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 10 kwietnia 1951 roku.

Łucja Czechowska, materiał z lipcowego wydania „Nowego Telegrafu Warszawskiego”

fot. Pixabay.com

Polecamy