czwartek, 5 sierpnia, 2021

Osa i szerszeń czasem mogą zabić. A dostęp do odczulania utrudniony w pandemii

Użądlenie osy, szerszenia czy pszczoły zwykle oznacza miejscowy ból i obrzęk, ale dla niektórych osób może skończyć się wstrząsem anafilaktycznym, który zagraża życiu. Jedyną metodą przyczynowego leczenia alergii na jad owadów i uniknięcia ciężkiej reakcji alergicznej jest immunoterapia alergenowa jadami, która jest lekiem ratującym życie. Dziś odczulanie wykonywane jest wyłącznie w warunkach szpitalnych, ale trwają starania, aby móc je prowadzić w warunkach ambulatoryjnych. To poprawiłoby dostęp do terapii polskich pacjentów i znacznie zmniejszyłoby koszty procedur leczenia szpitalnego. – W wyniku przekształcenia szpitali w jednoimienne liczba odczulanych pacjentów zmniejszyła się przynajmniej o 30–40 proc. – alarmuje Grzegorz Baczewski, wiceprezes Fundacji Centrum Walki z Alergią. Aby możliwe było odczulanie pacjentów w warunkach ambulatoryjnych, potrzebna jest jednak refundacja immunoterapii alergenowej jadami typu depot, czyli o przedłużonym uwalnianiu alergenu.

– Skala uczulenia na jad owadów błonkoskrzydłych jest bardzo duża. W praktyce klinicznej rozróżniamy dwa rodzaje tych uczuleń pod względem ich intensywności: duże reakcje miejscowe oraz reakcje ogólnoustrojowe, nazywane też anafilaktycznymi. Są to reakcje, w których chory zostaje użądlony np. w palec u nogi, natomiast reaguje cały organizm, a przynajmniej dwa różne organy. Może pojawić się wysypka na skórze oraz duszności ze strony układu oddechowego. Te reakcje ogólnoustrojowe bezpośrednio zagrażają życiu chorego – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Krzysztof Kowal, przewodniczący Sekcji Immunoterapii Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.

Nie każda reakcja po użądleniu osy, szerszenia czy pszczoły to alergia. U osób, które nie są uczulone na ich jad, zwykle pojawia się świąd, ból albo niewielki obrzęk w miejscu użądlenia. U osób z alergią może się to jednak wiązać z cięższą reakcją, m.in. zaczerwienieniem i swędzeniem skóry, obrzękiem warg, powiek, szyi albo nawet całej twarzy, skurczem oskrzeli czy bąblami pokrzywkowymi na całym ciele. Szacuje się, że dotyczy to ok. 5 proc. populacji, przy czym u ok. 2 proc. użądlenie może wywołać reakcję anafilaktyczną, która bezpośrednio zagraża życiu.

Dlatego odczulanie na jad owadów jest traktowane jako terapia ratująca życie. Jest to jedyna metoda leczenia przyczynowego alergii, a jej skuteczność sięga 80–90 proc., a w przypadku osy prawie 100 proc.

– Immunoterapia alergenowa to metoda, którą można porównać do uczenia naszego układu immunologicznego. Zaczynamy od podawania choremu małych dawek jadu, a następnie stopniowo je zwiększamy, tak aby organizm i układ odpornościowy nauczył się rozpoznawać ten jad nie jako wroga, ale jako substancję obojętną, którą będzie tolerować – mówi prof. Krzysztof Kowal.

Takiej terapii powinny poddać się wszystkie osoby, u których po użądleniu owadów rozwinęły się ciężkie objawy alergii. Istnieje bowiem ryzyko, że przy kolejnym takim incydencie może wystąpić wstrząs anafilaktyczny, czyli ciężka reakcja zagrażająca życiu.

– W Polsce generalnie dominuje tzw. metoda ultraszybka polegająca na tym, że chory, który jest uczulony i został zakwalifikowany do immunoterapii, jest poddawany leczeniu wstępnemu w szpitalu w ciągu jednej doby. Organizm dostaje wtedy pełną dawkę alergenu, odpowiednio dawkowanego. Podczas tej procedury chory musi być odpowiednio monitorowany – mówi przewodniczący Sekcji Immunoterapii Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.

– Pacjent musi przyjechać do szpitala, musi być przyjęty do systemu szpitalnego, bo tylko wtedy może otrzymać lek, który jest finansowany w ramach procedury szpitalnej – wyjaśnia Grzegorz Baczewski, wiceprezes Fundacji Centrum Walki z Alergią.

Od ponad roku trwają w Polsce starania, aby immunoterapię alergenową jadami przeprowadzać również w warunkach ambulatoryjnych. Umożliwiają to leki o przedłużonym uwalnianiu alergenu, których podawanie wiąże się ze znacznie wolniejszym zwiększaniem dawki, a co za tym idzie z minimalnym ryzykiem wystąpienia u pacjenta reakcji niepożądanej.

– Aby stosować leczenie w ambulatorium, nie musimy wykonywać bardzo agresywnych procedur, podczas których mamy większą szansę na wywołanie reakcji anafilaktycznej. Jedną z metod może być np. zastosowanie szczepionek o przedłużonym uwalnianiu, tzw. preparatów depot. Wydaje się, że dla dobra pacjentów powinna być taka alternatywa. Mamy zresztą w Polsce wielu bardzo dobrych alergologów, którzy są w stanie przeprowadzić odczulanie nie tylko w szpitalu, lecz także w ambulatorium – mówi prof. Krzysztof Kowal.

– Preparaty depot różnią się od roztworów wodnych tym, że są bezpieczniejsze, co łączy się z mniejszym ryzykiem dla pacjenta. Dzięki temu możemy w tej chwili rozważyć przeniesienie leczenia związanego z hospitalizacją do dużo mniej kosztochłonnej części ambulatoryjnej – dodaje prof. dr hab. n. med. Marcin Czech, prezes Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego.

Immunoterapię alergenową stosuje się zwykle przez okres od trzech do pięciu lat. W tym czasie koszt leczenia jednego pacjenta w warunkach szpitalnych sięga 63 tys. zł, podczas gdy koszt leczenia ambulatoryjnego jest o wiele niższy i wynosi ok. 20 tys. zł.

– To oszczędność 40 tys. zł na jednego pacjenta, a dla tysiącosobowej grupy, czyli 1/3 grupy leczonej dziś w warunkach szpitalnych, jest to już ok. 40 mln zł w perspektywie pięciu lat – wylicza prof. Marcin Czech.

– Każda procedura wykonywana ambulatoryjnie jest tańsza i szybsza od świadczeń szpitalnych, które wiążą się z olbrzymimi kosztami. Dlatego takie świadczenia szpitalne powinny być zarezerwowane dla osób, które rzeczywiście tego potrzebują – dodaje prof. Krzysztof Kowal.

To również oszczędność dla samych pacjentów, którzy dzisiaj – żeby skorzystać z leczenia szpitalnego, oferowanego tylko w 33 ośrodkach w Polsce – nierzadko muszą przejechać 100–200 km i wziąć na to dzień wolny w pracy. Wizyty w szpitalu potrzebne są co miesiąc, co w skali całej pięcioletniej terapii przekłada się na znaczne nakłady czasu i kosztów. Dla wielu osób to powód, dla którego rezygnują z terapii lub wcale jej nie podejmują.

Jak podkreśla wiceprezes Fundacji Centrum Walki z Alergią, umożliwienie pacjentom odczulania w warunkach ambulatoryjnych, w pobliżu miejscach zamieszkania, zwiększy dostępność tej metody leczenia. To szczególnie istotne w dobie pandemii, kiedy alergolodzy doświadczają ograniczonych możliwości prowadzenia immunoterapii.

– Wiele oddziałów szpitalnych, w których prowadzono terapię, zostało zamkniętych lub przekształconych na „covidowe”, przez co wielu pacjentów straciło swoje miejsce. Szacuje się, że liczba odczulanych pacjentów zmniejszyła się przynajmniej o 30–40 proc. – alarmuje Grzegorz Baczewski.

Przeniesienie immunoterapii alergenowej do ambulatorium – tańsze dla systemu i wygodniejsze dla pacjentów – wymaga jednak refundacji immunoterapii jadami typu depot, ponieważ w tej chwili koszt ich zakupu przekracza możliwości finansowe większości pacjentów.

– Walczymy o dostęp do leku, który umożliwia odczulanie w warunkach ambulatoryjnych, żeby poszerzyć zakres możliwości leczenia pacjentów – mówi Grzegorz Baczewski. – Jesteśmy na początku sezonu, kiedy owady błonkoskrzydłe się uaktywniają. Czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień i październik to są właśnie miesiące ich aktywności. Dlatego im później zastosujemy te procedury, tym więcej pacjentów po prostu straci możliwość leczenia. Pamiętajmy, że dla nich jest to często leczenie ratujące życie, ponieważ rokrocznie mamy z tego powodu co najmniej kilkanaście zgonów.

(Newseria)

fot. Pixabay.com

Polecamy