wtorek, 22 czerwca, 2021

Głupie słowa szkodzą przedsiębiorcom

Sebastian Pitoń wypalił w radiu, że przeszedł COVID-19, „to całkiem miła, przyjemna choroba”. Prawdę mówiąc znam inne przyjemności. I znam ludzi, których COVID zabrał, bądź zabrał ich bliskich. I jeszcze więcej ludzi z ciężkimi powikłaniami. Ale co tam. Pan Pitoń ma prawo bredzić. Jednak w tym wypadku brednie te wygłasza w imieniu górali i polskich przedsiębiorców. I jednej i drugiej grupie chluby nie przynosi. 

Przemysław Harczuk

Przedsiębiorcy mają prawo być dziś w Polsce sfrustrowani. I to z wielu powodów. Z jednej strony od lat są okładani przez  rozmaitej maści lewicowców – i tych klasycznych, z lewa, i tych ze strony PiS-olewu. Wielu ludzi, mówiąc delikatnie i kulturalnie ograniczonych uważa, że przedsiębiorca to synonim bogacza, aferzysty, krwiopijcy, z ukrytym w garażu luksusowym i niewiarygodnie drogim autem. Człowieka, który odpala cygaro od 200 euro i jeszcze żałuje, że zmarnował banknot o zbyt niskim nominale. Tymczasem przedsiębiorcy to grupa zróżnicowana – mniejszość stanowią rzeczywiści  złodzieje i aferzyści, tudzież powiązani z władzą oligarchowie. Niewielki odsetek stanowią faktyczni bogacze, którzy mają majątek, na drugim biegunie są samozatrudnieni – zwyczajni pracownicy, wykonujący prace takie, jak inni na śmieciówkach bądź etatach, ale zmuszeni do założenia firmy. Są wreszcie – i tych jest cała masa – przedsiębiorcy prowadzący rodzinne, nieduże przedsiębiorstwa. Sklepy, pensjonaty, firmy usługowe. Ludzie ci szczególnie mocno odczuwają krzywdzące ich opinie z jednej strony, a z drugiej niekorzystne działania prawne. Trzecim problemem jest lockdown, który właśnie  w drobnych przedsiębiorców uderzył. W Nowym Telegrafie Warszawskim od dawna apelujemy o rozsądek. O to, by z jednej strony tam, gdzie się da gospodarka była otwarta, ale by zachowane zostały ostre środki ostrożności. To jednak za wiele. Jedni chcą twardych lockdownów, inni wrzeszczą, że żadnej choroby nie ma i wprost nawołują do rezygnacji nawet z ostrożności. W ten kretyński nurt wpisali się politycy protestujący razem z antyszczepionkowcami, rolnicy wysypujący jedzenie na ziemię, a ostatnio lider strajku górali. Choć same postulaty otwierania gospodarki są słuszne, to stwierdzenie pana Sebastiana Pitonia o COVID-19, zawarte w wywiadzie dla „Radia Zet” są chore. „Sam chorowałem na koronawirusa. To lekka, przyjemna choroba” – wypalił gość Beaty Lubeckiej. Oznajmił też, że szpitale są puste, na siłę ładuje się do nich bezdomnych. No cóż, rozumiem frustrację i złość wynikającą z traktowania przedsiębiorców. Ale rzecz w tym, że wielu moich znajomych i osób z rodziny COVID-19 przeszło. Niektórzy umarli. Kilka osób ma ciężkie powikłania (prawdę mówiąc właśnie te powikłania są chyba jeszcze gorsze od spodziewanej śmiertelności). Naprawdę są większe przyjemności, niż potencjalnie śmiertelna, a powodująca szereg przykrych i nieodwracalnych następstw choroba. Być może głupie słowa góralskiego lidera są właśnie efektem powikłań. Problem polega na tym, że człowiek ten swoje zdanie wyraża w imieniu górali i przedsiębiorców. I ani jednym, ani drugim chluby nie przynosi.

Przemysław Harczuk

Polecamy