piątek, 18 czerwca, 2021

Rozwałka sądów to nie konserwatyzm, obrona patologii to nieludzka podłość

Jednym z fundamentów cywilizacji łacińskiej jest szacunek do państwa prawa, procedur, praworządności. I obserwując debatę publiczną w Polsce można dojść do wniosku, że wszystkim na owej praworządności zależy – bo odmienia się ją przez wszystkie przypadki. PiS mówi o wielkiej reformie sądów, mającej rzekomo usprawnić ich działanie i poprawić traktowanie przez wymiar sprawiedliwości tzw. zwykłych ludzi. Ale patrząc dokładnie zmiany jakościowej w sądach nie ma, jest jedynie upolitycznienie.

(Artykuł w ramach przypomniena naszych najwążniejszych materiałów z ubiegłego roku). 

fot. Freeimages.com

Przedsiębiorca Mirosław Ciełuszecki, którego sprawę wielokrotnie opisywaliśmy na naszych łamach, wciąż nie doczekał się sprawiedliwości, jest ofiarą sądowego bezprawia. Jednocześnie strona opozycyjna poszła po najmniejszej linii oporu – zamiast krytykować sposób, w jaki PiS reformuje Sądy, atakuje reformę jako taką. Żąda, by było jak było. Więc de facto chce powrotu do patologii, które były wcześniej. Zamiast emocjonować się wojenką obu stron, środowiska konserwatywne same powinny zaproponować jak działać powinno prawo i procedury. Reforma sądów jest tu tylko przykładem, ale bardzo istotnym. Oprócz gruntownej przebudowy wymiaru sprawiedliwości (nowy i czytelny nadzór, zreformowanie także prokuratur i instytucji biegłych, danie szansy niesłusznie oskarżanym, ale też bez bezkarności dla faktycznych przestępców) konieczne są zmiany w prawie, polegające na uproszczeniu przepisów. Konieczne są reformy ustrojowe państwa, gruntowne zmiany w Konstytucji. Decentralizacja kraju (nie może być ona mylona z federalizacją) i wzmocnienie samorządu terytorialnego. Ale wzmocnienie owego samorządu musi polegać na powstaniu też mechanizmów kontrolnych. I nie może tu nastąpić na przykład cofnięcie kadencyjności burmistrzów, wójtów i prezydentów miast. Bo akurat kadencyjność jest rozwiązaniem dobrym, ograniczającym patologie w samorządach. Należałoby też wprowadzić takie rozwiązanie na szczeblu centralnym, dla posłów i senatorów. Można rozważyć zmniejszenie liczby senatorów, różnorodność kadencji (w innym czasie byłyby wybory do Senatu, wybieranego na siedem lat, w innym do wybieranego na cztery lata Sejmu), ordynację mieszaną do Sejmu, jedną, siedmioletnią kadencję prezydenta, który byłby albo zwierzchnikiem władzy samorządowej, albo sądowniczej (bez prawa weta).

(NOwy Telegraf Warszawski 2020) 

Polecamy